Na cud musimy zapracować wszyscy razem
niedziela, 27 stycznia 2008 00:00
Wiosną ubr. Echo Turku nie opublikowało mojego listu otwartego do lidera TS-u z powodu, iż nie wpisywał się on w polityczną linię tygodnika czyli linię Andrzeja Jarka. Od tego czasu nastąpiła wielomiesięczna nieobecność Platformy na łamach Echa. W tym okresie systematycznie publikował swoje teksty zakon katechetów (czyt. Gazeta Młodych PiS, z wyjątkiem potwierdzającym regułę) oraz cyklicznie można było przeczytać przemyślenia lewicy (radnego M. Marczewskiego i A. Dzieciątkowskiej). Wszystko to w ramach debaty publicznej, czyli za friko. Hmmm … jak sobie dobrze przypominam, to w grudniu pani poseł Irena Tomaszak – Zesiuk musiała zapłacić, by opublikować list do górników! W tej sytuacji tylko polityczny Kubuś Puchatek odważyłby się napisać, że Echo to tuba PO. PiS ciągle nie rozumie, iż wolność prasy to nieodłączny element, ale i koszt demokracji. Koszt, który warto i należy ponosić.
To wszystko to jednak michałki. W międzyczasie ukazało się na łamach Echa kilka ważnych tekstów. Z pewnym takim niedowierzaniem przeczytałem w ostatnim numerze jak AJ dopomina się głosu PO, czyli jak rozumiem embargo zniesione.
Strefa – szansa czy zagrożenie
Z uwagą przeczytałem relację z I Kongresu Pracodawców i tekst Jana Millera w ostatnim wydaniu Echa. Dobrze się stało, ze środowisko lokalnych przedsiębiorców wreszcie przestało tylko narzekać we własnym gronie, ale i piórem właściciela Stolturu włączyło się w debatę publiczną. Z nie wszystkimi zaprezentowanymi tezami można się zgodzić, ale to nie oznacza, że należy je pomijać i nie brać ich pod uwagę. Specjalne Strefy Ekonomiczne niszczą reguły rynku – w pewnym sensie to prawda, ale to nie oznacza, że z tego narzędzia należy rezygnować i nie zabiegać o powstanie takiej strefy np. w Turku. Na terenach wokół prężnie działających SSE (podkreślenie celowe) rzeczywiście można zauważyć zjawisko „pustynnienia” aktywności gospodarczej. Jest to swoisty efekt uboczny takich stref. Jednak dopiero zestawienie zysków z ustanowienia stref (napływ dodatkowego kapitału, nowe miejsca pracy, większe wpływy podatkowe w dłuższym okresie czasu, itp.) i porównanie ich z kosztami (pogorszenie sytuacji lokalnych przedsiębiorców, uprzywilejowanie firm ze stref, skomplikowanie systemu podatkowego, itp.) pozwoli na obiektywną ocenę efektów działalności specjalnych stref ekonomicznych. W literaturze fachowej dot. wspierania przedsiębiorczości i otoczenia wokół biznesowego można wyczytać wiele argumentów za jak i przeciw strefom.
Odnosząc to wszystko na nasz lokalny rynek należy otwarcie przyznać, że w Turku AD 2008 nie ma takiego dylematu. Nie ma zagrożeń, o których pisze Jan Miller, bo nie funkcjonuje u nas de facto żadna podstrefa. Co prawda burmistrz Czapla przy każdej okazji uprawia typową propagandę sukcesu i chwali się podstrefą łódzkiej SSE, ale jak jest naprawdę wystarczy przejechać się w okolice ulic Górniczej i Przemysłowej. Nic nowego tam nie powstało, bo i nie mogło w sytuacji gdy tereny te wymagają jeszcze wielomilionowych inwestycji w infrastrukturę. Włączenie naszych terenów do ŁSSE to dopiero pierwszy ale i nie ostatni konieczny krok do wykonania. O sukcesie będzie można dopiero mówić jeśli zainwestuje w Turku nowy kapitał. On się nie pojawi, dopóki tereny nie będą dostatecznie uzbrojone i nie powstaną drogi dojazdowe.
Uproszczenie przepisów szansą na rozwój
Wypada zgodzić się z właścicielem Stolturu, że niewyznaczanie daty wprowadzenia euro było błędem. Także z tym, że inflacja polskiego prawodawstwa jest przyczyną zagmatwania nieżyciowych i często wewnętrznie sprzecznych przepisów. Wypada jedynie trzymać kciuki, by komisja „Przyjazne państwo” osiągnęła sukces i skutecznie wyeliminowała z polskiego systemu prawnego wszelkie idiotyzmy typu, iż oddanie chleba potrzebującym może być przyczyną bankructwa firmy z powodu pazerności fiskusa.
Pozostałością jeszcze z czasów PRL-u jest nadopiekuńczość państwa i wynikające z tego nadmierne obciążenia dla przedsiębiorców. To prawda, że polskiej gospodarki nie stać na taką masę pracowniczych przywilejów, ale mimo wszystko to nie uprawnia do twierdzenia, że „obecny rząd cały swój potencjał skierował na dzielenie tego co my, pracodawcy wnosimy do budżetu państwa”. Wiele z przywilejów trzeba będzie ograniczyć, to oczywiste. Przyzwoitość jednak nakazuje pamiętać, że koszty polskiej transformacji cały czas ponoszą także pracownicy budżetówki. Pracownicy przedsiębiorstw otrzymywali akcje prywatyzowanych firm, rolnicy mają swoje dopłaty bezpośrednie, natomiast pracownicy administracji czy też oświaty nigdy takich przywilejów nie otrzymali.
Rząd PO doskonale rozumie, że cud gospodarczy dokona się tylko wtedy, kiedy na niego solidnie zapracujemy. Wszyscy. Platforma zawsze uważała, że aby móc dzielić najpierw trzeba wytworzyć. I dlatego przedsiębiorcom będzie ułatwiać prowadzenie działalności i będzie upraszczać przepisy, nie tylko podatkowe. Rząd funkcjonuje dopiero niespełna dwa miesiące i tak szybka i jednoznaczna krytyka póki co jest przedwczesna.
Dariusz Młynarczyk





